Lech Kotwicz (ur. 1970)
- prozaik, poeta, krytyk filmowy.
Kurator Bielskiego Konkursu Satyrycznego
WRZUĆ NA LUZ

 

 

 

 

 

* * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * * *

 

LULLABY FOR MY FRIENDS


Karaczany pod tapczany, karaluchy pod poduchy, pchły na noc - dobranoc! Wszy stko w temacie glisto - oczy wiste, prawda, Panie Bracie? Nim me ciało w łożę złożę "Prusakolep" pod spód włożę, jak z tamtej reklamy, co brzmiała, że "kusi, wabi, nęci" - ot i śpiewka cała by była, gdyby nie mogiła - niby ze snu szalonego entomologa - na dywanie odwłok, pod dywanem głowa, zaś w tej głowy cieniu dwie nogi - niczym dwa nagie miecze - w pourywanym zadziwieniu. Obok tychże nóg stukot stonóg, co straszy przez mgły sen, że to cokolwiek piekielny Eden. Szursza, skrzypi, trzeszczy cosik - niby szept, a może głosik! Słyszę błyski, widzę głosy, bezsenności krótka chwila - siedem godzin - w jeden cyrk i już nagle się zaczyna... jakiś morał bez morału, marazm, proces niczym z Kafki, że tu nowy dzień, więc z rana zaszła i we mnie owadzia przemiana  Dobranoc, drogie dzieci - śmieci... dobranoc... Karaczany pod tapczany, karaluszki pod poduszki - tam gdzie obok główki muszki i mrówki, mrówki i muszki... owocówki  Dobranoc, pchły na noc! Motylem byłem, ale przytyłem - i teraz mi się ćmi do dziecięcych strachów z tamtych pogodnych chwil... Zamykam oczy... pod powiekami pająki, sieci, marzenia, plany... Ktoś między oczy promieniem słońca, ach, torturuje mnie bez końca... Wierci dziurę w brzuchu i zerka gdzie nerka ukryła duszę... A ja znów zaśpiewać muszę: A - a - a - kot - ki - 2 ! Nie długie, nie krótkie, lecz w sam raz! Śpiewaj se, śpiewaj,
Kot Wiczu, jeszcze raz...

 

żródło: FB

 

KONTAKT:

 

 

dorinetka@gmail.com

 

 

 

 

 

 

 

Lech Kotwicz - KRÓTKO I NA TEMAT

 

 

[1] KRÓTKO I NA TEMAT:

W pewnym sensie krótko. W pewnym sensie na temat. Że niby Borges z Bożej apteki, Eco ze skryptorium, w jakiś cudownie mistyczny sposób Milorad Pavić... te wszystkie widmowe biblioteki... pasaże, metki w naszych głowach... żółte papiery trzymane głęboko, na samym spodzie... szuflady, jak papierki lakmusowe po krówkach ze Spółdzielni Inwalidów "(Nie)Pokój"... żeby nagle! drobinkami piasku... drabinkami blasku... ot tak - dosłownie, po gałach! jak na obrazach Rene Magritte'a - w senny melodramat... Feerią barw, aż po same końce, dla których nie szkoda zachodu, po samo dno tęczówki/pychówki po cichym Donie (Johnsonie), od Narwi do nerki, perełki, w nieustającej podróży do wnętrza, która zachwyca, płyn/nie/jak/rzeka/czas/u/kradkiem w bez, senność, majowej, (nie) przemijającej nocy... Jak wyszeptałem: Mocy? - ze składziku ze słodkimi, onomatopeicznymi bim-bom bonami św. Jacka Y...

 

żródło: FB

 

 
   

[2] KRÓTKO I NA TEMAT:

W sztuce, czy to pisanej, filmowej, malarskiej zawsze ciągnęło mnie w kierunku chropawej rzeczywistości, doskwierającego realizmu, z drugiej strony cały ten pociągający "siurrealizm" na pograniczu kiczu i doskonałości, te Beksińskie, Daliozy, Magritty, Yerki... Stąd te moje "konotacje" z nazwiskami wczorajszymi, bo to malarstwo w pierwszym rzędzie kreacyjne, bardzo indywidualne, w drugim mocno osadzone w kulturze, prowadzące interdyscyplinarny dialog, erudycyjne... czasami tęsknię do tych intelektualnych wycieczek; w instynktowny, naturalny sposób budzi się we mnie chęć przygody. Manuela Gretkowska powiedziała kiedyś, a ja wtedy tego nie zrozumiałem, że pisanie jest funkcją myślenia... Jestem w tym obszarze na pograniczu: wiedzy i intuicji, chociaż już wiele lat temu dorobiłem się konstatacji, że nadmiar wiedzy zabija intuicję. Kwestia proporcji zatem, prawdziwości w tym co z nas, i co przychodzi ze świata. Ale, uważaj, nie daje to gwarancji na kompletność w sferze jakości dzieła. Pozorny ignorant bez warsztatu może mieć przebłysk, przestylizowana wszystkowiedźma może podążać podświadomie w rejony dekadenckiej grafomanii... Odkrycia w sztuce są kwestią indywidualnej percepcji, oczywiście dobrze, kiedy wzbogaconej o elementarny pierwiastek kompetencji, ale cóż, tylko nam, chcącym, dostępne są obszary zachwytu, owego nieprzemijającego pierwotnego zauroczenia w połączeniu z dotknięciem tajemnicy poznania. Tak właśnie, z dotknięciem, pewność jest tylko w niepewności, pewność pewna staje się jałową literą, pułapką. Spytasz, dlaczego tak uważam? Proste: Bo SZTUKA TO OPERACJA NA ŻYWYM MÓZGU ZA POMOCĄ 

 

żródło: FB

 
   

[3] KRÓTKO I NA TEMAT:

No ładne kwiatki, nie ma co... Co dziś bierzemy na "tapetę"? Nie żebym z uporem maniaka, za każdym razem chciał wyławiać kropelki dni z wodospadu lat i dekad, bo to czynność nazbyt mozolna, a przez moje palce czas sobie przecieka radośnie jak przez sito, ale dzisiaj jest dzień szczególny w nagromadzeniu "całej tej jaskrawości". Coś poruszyło we mnie, ledwo wyczuwalnym dotykiem, nutę metafizyczną. Jeszcze ostatni podmuch lata (w kolorach wirujących liści), dzieci czubkami (butów kopią w kasztany), a starzy jarzy (ny i jabłka wcinają na ławkach w parkowych alejkach). Znowu czwartek. Zamykam powieki, czuję jak na policzkach bezkarnie rajcują życiodajne promyki. Gra orkiestra pogrzebowo-weselna. 9 października urodzili się: Agnieszka Osiecka, Magda Umer, Tadeusz Różewicz, John Lennon, a także Krzysztof Stroiński, Ryszard Rynkowski... i mój serdeczny kumpel Zbychu. To też kolejna rocznica śmierci Marka Grechuty. A w Gdyni... ale tego nie wypowiem tutaj na głos... Ktoś kiedyś powiedział, że właściwy szyk logicznego zdania brzmieć powinien: Rodzimy się, więc umieramy. Uśmiecham się do przechodnia... Dzień dobry! Może już nie umrę cały.

 

żródło: FB

   

[4] KRÓTKO I NA TEMAT:
Człowiek na linie. Zjawiskowy film. O niebo więcej niż dobrze skrojony dokument. Wzrusza i skłania do myślenia. Uwodzi widza, wciąga - chociaż wiemy, albo się domyślamy, jak to wszystko się skończy(ło), zasysa niczym thriller (metafizyczny). Osadzony wokół konkretnego wydarzenia, a w (nie)rzeczywistości uniwersalny. Rzecz o realizacji pewnego marzenia... Poezja sztuki, sztuka życia - w czystej postaci. Każdy dzień jest przecież tańcem na linie... Warto marzyć, marzenia przekuwać w cele. Obraz totalny: Połączenie zapierającej dech w piersiach rejestracji z urzekającą muzyką. Daj szansę temu filmowi. Przesłanie? Nienachalne: Daj sobie szansę. Żyj!

 

żródło: FB

   

[5] KRÓTKO I NA TEMAT:

(...)oda. Czwartek. Piątek. Panta rhei. Od poniedziałku do niedzieli. Wiosna. Lato. Jesień. Zima. Chcesz zatrzymać? Wpuszczasz rtęć w Światło, żeby uzyskać strukturę wody. Materia nie-ożywiona do tego stopnia, że jesteś w stanie uwierzyć, albo przynajmniej wysłuchać opowieści Księgi o przechadzkach poprzez Czas i Przestrzeń - zanurzonych w delikatnym plusku stawianych kroków. I nagle ptak, symbolicznie umocowany na krawędzi lustra, przeciekającego przez palce wprost do oczu. Byle dalej, w głąb, arteriami fizycznego ciała - aż po optymistyczny finał. Aksamitnie rozbrzmiewa szept, krzykiem ciszy wyrwany ze ściśniętego gardła: Ból jest jedną z najwyższych form Istnienia. Kiedy boli, wiesz, że żyjesz naprawdę. Aż do kropli ostatniego oddechu. W narodzinach przemijającej wieczności. Zanurzasz się w (nie)pamięci, choć nie ma ludzi na pomoście, a może właśnie dlatego, przywołujesz most na Awate, Hiroshige i Wisławę... W tym jednym jedynym wielokropku kruchej egzystencji. Jedno co możesz zrobić: Uśmiechnąć się i urwać w pół sło


fot. Anna Maria Jaroszewska

żródło: FB

   

[6] KRÓTKO I NA TEMAT:

Nie pamiętam tego osobiście, lecz z opowiadań rodziców. Było to w czasach telewizji na żywo. Popularny aktor Bronisław Pawlik, prowadzący dobranockę dla dzieci pt. "Miś z okienka", był święcie przekonany, kiedy zakończył swój wieczorny odcinek, że nie ma go już na wizji, więc pozwolił sobie na chwilę rozluźnienia po występie... Ups! Dzieci w całej Polsce, zgromadzone przed telewizorami, zatrzymały w połowie drogi pomiędzy buzią a talerzem, a to łyżeczkę z grysikiem, a to nadgryzioną kromeczkę z żółtym serem, czy inną bagietkę z dżemem. Mamy bezwiednie chwyciły się za (bi)usta, a tatusiowie, nerwowo chichotając, nie bez satysfakcji chwycili się za mamusie, gdy Pan Bronisław wypalił: "A teraz kochane dzieci pocałujcie misia w du.pę!" To były czasy... Heroicznego Romantyzmu... Rzekłbym, że nawet telewizor miał duszę, o żelazkach nie wspominając, tudzież o pęcherzu pławnym karpia. Teraz, kiedy programów jak mrówków, domyślam się, że co trzeci (i co druga  ) z Was żywi "zabójcze instynkty" w stosunku do mojej osoby. Albo przynajmniej w stosunku do osoby współmałżonka (Zwłaszcza, gdy bestia nie chce oddać pilota!)  Ale to pikuś łamany przez "normal" - nie przejmujcie się. Strach ma wielkie oczy. Nikt nie jest w stanie zamordować marzeń. Naszych marzeń. A noc (tym bardziej bez telewizora!), od czasu do czasu - bywa i tak, prawda? - jest najpiękniejszą porą dnia. Życzę stosunkowo owocnej nocy.

rys. Janek Kotwicz

 

żródło: FB

   

[7] KRÓTKO I NA TEMAT:

"Wałkonie" Felliniego. Drugi raz w życiu. Za pierwszym podejściem w wieku... wałkoniowym, a więc wtedy, gdy podobnie jak bohaterowie filmu te dwadzieścia z okładem miałem. Już w tym czasie po cycuchach z "Amarcordu", zakonnicach na rolkach z "Rzymu", rozerwanym łańcuchu (skojarzeń) "La Strady", Anicie w fontannie di Trevi, Marcello z "8 i pół" zasuwającym pośród płatków śniegu z prezentami, po nocach Cabirii... i tak dalej i tak dalej.. tak więc "Wałkoni", mimo że z okresu niemal dziewiczego dla Federico, podglądałem z perspektywy testamentu po neorealizmie a la Roberto Rossellini w miksie dopiero zapowiadającym te "najdziwniejsze sny kina autorskiego" o ekstatycznych porywach serca i... zmazach nocnych nie zapominających.  Byli ci moi rówieśnicy filmowi - ponad miejscem i czasem - bo ich wejście (lub raczej opór przed wejściem) w dorosłość przypadało na początek lat 50-tych - jeszcze w prochowcach i spodniach na kantkę, nie w jeansach i t-shirtach. Także młodość reżyserskiego spojrzenia - jeśli nawet nie dosłownie - objawiała się poprzez wiarę w dwa możliwe warianty happy endu: 1. Ucieczkę z powierzchownego przemielania nudy w odpowiedzialne progi życia rodzinnego, 2. Pociąg do sztuki - a więc wyjazd w nieznane z prowincjonalnego "Rimini" i wyjście poza nawias deterministycznego sposobu myślenia... Skoro życie jest dla Felliniego mieszanką cyrku z (nie)ustającym karnawałem, nie dziwi zatem, że taki (nie)okiełznany stylista jak Emir Kusturica wziął go sobie za Mistrza, a wałkoniami lat 90-tych okazali się "nasi" kumple... ze szkockiego "Trainspottingu" (Podstaw alkohol - lub inne złudzenia - za to białe świństwo i mniej więcej wszystko będzie się zgadzać). My, "dzieci w czasie", nawet kiedy nie mamy racji - i tak zawsze mamy rację. Jeśli nie merytorycznie, to metrykalnie. Jeśli nie metrykalnie, to przynajmniej w cichej zgodzie na prze... zgrywę! Dlatego wszystkich, którzy dotarli aż do tego miejsca - w dzikiej lekturze tekstu, albo jeszcze lepiej, gdy do tego (nie)uchwytnego granicznego punktu samoświadomości, który każdy z nas w sobie nosi - pozdrawiam finałową formalną zagadką: Proszę o podanie imienia i nazwiska reżysera widocznego na fotce dołączonej, nie bez kozery, do tekstu. Liczą się (od)ważne, jedynie słuszne (p)odpowiedzi.

 

żródło: FB

   

[8] KRÓTKO I NA TEMAT:

Powiedzmy, że znowu będzie "krótko"  - ale za to, niechby, przynajmniej na temat... Pozytywna organoleptyczna energia początków w większości związków: Głasiu-głasiu, "buzi-dupci", gęsia skórka i inne skórki... z czasem... po pewnym czasie i ta pomarańczowa... która też może rozczulić, dodać pikanterii, temperatury w związku... ano właśnie, w związku z czym? - w związku z kontekstami: Obrazem partnera/rki wyniesionym z domu (z wzorców dzieciństwa), bagażem doświadczeń, w którym moje rozbuchane Ja i moje wychuchane ja, całą sferą podświadomości - ale także, nade wszystko, ze sposobem codziennego komunikowania się, budowania relacji, właśnie: relacji - nawet kosztem "racji". W gruncie rzeczy całe życie jest spotkaniem. Przede wszystkim z sobą - szukać można i szukać, i się nie doszukać, albo "szukać" (Z pełną premedytacją odsyłam do słownika języka czeskiego) chwilowego błysku tylko i wyłącznie w powierzchowności... Wyczytałem kiedyś: "Pokochaj siebie, a nie ważne z kim się zwiążesz"... Dostrzegam tyle rozczarowania współczesnych kobiet w stosunku do nas facetów, także nas mężczyzn do Was, Kochane, Nowoczesne, Zadbane...
A ta rozpiska na obrazku, jeśli się rozważnie przyjrzeć, jest zaproszeniem do poszukiwania niewyczerpanych zasobów przede wszystkim wewnątrz siebie - zaproszeniem do rozmowy z sobą, do wyjścia poza schemat i przypomnienia sobie, że nie jest to żadne odkrywanie Ameryki w trawie, nie my pierwsi i nie ostatni możemy uzmysłowić sobie, przy odrobinie dobrej woli - tożsamej z miłością, i to nie tylko tą z obszaru... agape, ale jednak z miłością, nie ze stanem permanentnego poszukiwania "zakochania" - że sens zdań ujętych w ramce towarzyszącej mojemu tekstowi jest właściwie cholernie... prosTY

 

żródło: FB

   

[9] KRÓTKO I NA TEMAT:

Wyczytane: "Dom to nie są cztery ściany, ale osoba która w nich na Ciebie czeka". Jak powiedziałem: Czeka? W każdym razie na pewno nie... szczeka... W tym oczekiwaniu jest zalążek Wspólnoty. Wspólnoty stołu, wspólnoty łoża, wspólnoty dusz... Te codzienne bitwy o pochlapaną podłogę, o skarpetki zwinięte w kulkę przed praniem... mózgu... o lecenie sobie w kulki... o wróżenie z czarodziejskiej kuli - wyświetlanej w godzinach nocnych na ekranie okna na świat... o wróżenie z fusów... niczym ciasteczkowy potworek... dołączony do herbaty po gościach... którzy przyszli, żeby pochwalić się swoim trzydziestoletnim kredytem na zakup... czterech ścian... w których "tajemniczym kręgu" myć będą podłogi i suszyć sobie głowę... o te kapcie porzucone w porze letniego podwieczorku, o tamte papucie na jesienną kolację na cztery ręce i flet, o ranne pantofle - zmasakrowane cichym westchnieniem niezgody na dopiero co odkryte wady swojego osobistego - zachodzącego - Słonka, Misiaczka szykującego się do długiego zimowego snu w ramionach zniechęcenia, Perełki która lubi prać (jego mać!)... "Wyobraźnia jest początkiem tworzenia" - powiedział G. B. Shaw. Wyobraź sobie, że wiedząc to, co wiesz teraz, masz dwadzieścia lat mniej i "zaczynasz wszystko od początku" - myślisz, że przeskoczysz siebie? Wyobraź sobie, że za dwadzieścia lat będziesz wiedział(a) to, czego nie wiesz w tej chwili... Myślisz, że nie będzie tęsknoty za 2014 rokiem... w Twoim jedynym i (nie)powtarzalnym TU I TERAZ? Nie mam bladego pojęcia, co podpowie Ci bujna wyobraźnia, wiedza, intuicja, czy ki hu... morek, amorek, roztworek (typu: sok plus spirytus... movens), otworek - albo inna dziurka od klucza do Twojego... ego, tudzież innego... domku z basenem

 

źródło: FB

   

[10] KRÓTKO I NA TEMAT:

Henri Brunel, „Rozmyślania zen na każdy dzień roku” – pozycja zakupiona kilka lat temu w księgarni z tanimi książkami. Cena okładkowa: 29,99 (ten grosik!), cena nabycia: 7  złociszy (albo raczej: dobrociszy). Cena rzeczywista: bezcenne... Francuski autor łączy w swoich zapiskach ducha uniwersalnej mądrości przepojonej refleksją Wschodu z tradycją kultury chrześcijańskiej, w której wzrastał. Tak. To możliwe. Bardziej niż nam się niekiedy wydaje. Esencjonalne. Wyciszające. Odtwarzające stan oczarowania. Stan zachwytu. Zgody. Afirmujące prostotę. Z otwarciem na radość (istnienia) i przyzwoleniem na wielowymiarowość współodczuwania świata. W subtelnym wyczuleniu na blask szczegółu. Poprzez akceptację przemijania i (nie)powtarzalności chwili. Proszę, posłuchaj: „26 października (…) Korzystam z okazji, aby zaprowadzić trochę porządku w ogrodzeniach i przygranicznych żywopłotach. Przerzedzam zarośla, oczyszczam krzaki, uwalniam krzewy od cierni i zwłaszcza od powojnika, tego białawego pnącza, którego wąsy pokrywają wszystko, zagarniają wszystko, dławią wszystko swoimi pierścieniowatymi mackami. Cud. Oto w październikowym słońcu wybucha amarantowa, purpurowa, aksamitna, płomienna czerwień (…) Na widok żywopłotów uwolnionych od powojnika, lśniących jak nowe w jesiennym słońcu, zen przydaje ich pierwotnym barwom duchowości, którą powoli zagłuszały PODEJRZLIWOŚĆ, WEWNĘTRZNE SPORY, RUTYNA. Zen budzi śpiące królewny, na swój niezwykły, zabawny, niekiedy brutalny sposób sprawiając, że ich uszu dobiega przejrzysty dzwon absolutu.” Dzisiaj (wczo… Raj?) 26 października biegałem w jesiennym, zakonserwowanym na całe 8 stopni Celsjusza, słońcu. W krótkich spodenkach – ku zdziwieniu, okutanych markowymi szalami przechodniów. Jedyne co nas łączyło, oczywiście także obok c(i)ałkowitego zanurzenia w przezroczystej otchłani… zabieganego Tu i Teraz, to posiadanie wyprofilowanych okularów (przeciw)słonecznych na osobistych noskach-Eskimoskach. Z każdym oddechem zatapiałem się w rozbuchanej przyrodzie, z każdym krokiem w głąb siebie odklejałem się od nie-rzeczywistości niedzielnego popołudnia, aż w końcu przypomniałem sobie wierszyk napisany w notesiku drugoklasisty z roku szkolnego 1978/1979: „Jesień. Nasze polskie liście są nawet i złociste. Czerwone i brązowe. Jednym słowem różnokolorowe”. Przypomniało mi się, że na pytanie postawione wtedy przez babcię: „Lesiu, a co ty chcesz robić, kiedy będziesz duży?” odpowiedziałem: „Rysować, pisować i czytować”… Kiedy biegłem pod górkę, wróciła do mnie - niczym mantra - odpowiedź Trumana Capote udzielona na pytanie o to, co najbardziej lubi robić w życiu: „Pisać, czytać i spotykać się (rozmawiać) z ludźmi”. Po kilku minutach trasa się wyrównała - i chociaż lubię wbiegać na wzniesienia - od razu zrobiło mi się Lech Ko na duszy, a i trochę lżej na ciele i na umyśle… Jestem listkiem na wietrze... Czasami, szczególnie jesienią, mogę przylepić się do butów / do bytów - pół na pół - pomiędzy faktem / a aktem puścić oko. Albo popłakać się... Ze śmiechu.

 

źródło: FB

 

[11] KRÓTKO I NA TEMAT:

Kiedy kilka lat temu czytałem „Sześć przechadzek po lesie fikcji” Umberto Eco zrozumiałem, że jakiekolwiek dzieł(k)o pisarskie „puszczone w świat” nie należy już do autora, ale podlega zasadom rozlicznej – często jakże zaskakującej dla autora – czytelniczej interpretacji. Wielości odczytań. A im dalej w las tym, bywa i tak, coraz… jaśniej. Czasami do buta przylepi się mokry liść, czasami lepsze… a fe! - skojarzenie. Kiedy 18 października – być może tydzień temu z okładem, być może z okładem lat – wspiąłem się na wysoką wieżę w urokliwym czeskim miasteczku, nie przypuszczałem, że podczas pisania tego tekstu przypomni mi się tytuł powieści Philipa K. Dicka: „Człowiek z Wysokiego Zamku”. Jeśli założymy, że Niemcy wraz z Japonią wygrały drugą wojnę światową, zrozumiemy, że przywołanie w powieści… zakazanej powieści o tym jak Niemcy z Japonią wcale nie wygrały drugiej wojny światowej i Japonia nie okupuje USA, staje się całkiem nieistotne w stosunku świata powieściowego do świata, który jest nam – jak powiedziałby mieszkaniec Tokio: jako tako, ale jednak – znany. Czy trzeba nam się zanurzyć, w całej jaskrawości, w życiopisanie made in Edward Stachura, czy trzeba nam splagiatować autofikcję (proszę nie mylić z autofiksacją!) rodem z Jerzego Kosińskiego, żeby uzmysłowić sobie - i ewentualnie Pani Helenie (Helena Pawlik) - że foto dołączone do jednej z poprzednich odsłon KRÓTKO I NA TEMAT [9] jest jednak pretekstem do przerzucenia zwodzonych (proszę nie mylić ze zwodniczymi!) mostów ponad miejscem i czasem, pomiędzy „umysłem” („O! Mózg - to drugi z moich ulubionych narządów” – jak mawiał Woody Allen) a „sercem”? Nie wydaje mi się, żebym na mojej, którejś z kolei, przechadzce (albo nawet przebieżce) po lesie fikcji docierał do półmetka z napisem: „Narzekanie”. Ale być może to tylko moje, mylne – bo już „dawno” poza mną – odczytanie. Czy muszę ruszyć szanowne cztery litery (oczywiście mam na myśli nogi), żeby „dokądś” dobiec, zapominając przy tym o tym wszystkim co „po drodze”? Być może. Być może marzy mi się. Raczej niekoniecznie: jakiś basen. Ba! - sen w ogrodzie zwanym światem. Dla niektórych będzie to Labirynt. Dla Johna Bartha chyba raczej tak, skoro spłodził „Zagubionego w labiryncie śmiechu”. Dla niektórych Winnica. Dla Danilo Kisza znowuż Ogród. Dla Umberto Eco nawet nie las (W tamtym eseju odwoływał się bezpośrednio do doświadczenia Nervala), ale oczywiście Biblioteka. A skoro Biblioteka, to i Borges. A skoro Borges, to nawet i piasek, i tygrys, i lustro. W lustrze może przejrzeć się każdy. Lusterko można też przyłożyć do ust śpiącemu, żeby sprawdzić czy jeszcze żyje. Czy tylko udaje. A potem przerzucić kolejną stronę. I wtedy okaże się, że to nie był żaden Las, tylko – znasz to, prawda? to nic śmiesznego – dopełniony drugim słowem na kolejnej stronie las… krzyży. Więc zanim zrobisz klik-klik, pozwól, że podziękuję Ci za to, że jesteś ze mną w tej przygodzie. W tej przechadzce wolnego umysłu. W jakże szybkich, zabieganych czasach. 

 

źródło: FB

   

[11 i pół] KRÓTKO I NA TEMAT:

Dorzucam jeszcze do kolekcji, w to bezcenne poniedziałkowe popołudnie, leśny dukt zanurzony w jakże (nie)konsekwentnej narracji hipertekstualnych światów by (czytaj: baj) Italo Calvino („Jeśli zimową nocą podróżny”), ale tylko po to: 1. żeby zaprezentować ten konkretny obrazek by Andrzej Tylkowski Rysunki, który jak ulał pasuje do [11] odcinka cyklu - kto chce, niech przeczyta, jeśli do tej pory tego nie zrobił. Komu się fest nudzi, niech skoczy do zagajnika numer [10], albo – bez specjalnego celu – wejdzie po raz kolejny na wzgórze w [9] części  2. żeby oddać się jesiennej przechadzce po Lesiu… wróć! po Lesie Fikcji, w pasjonującej lekturze odczytywania wielobarwności zastanego świata, rozszyfrowywania pozornie ukrytych sensów w chwilowych deko racjach, w relacjach odwiecznych, archetypowych bohaterów, ale także w spiętrzeniu pobocznych wątków. Żeby rozruszać się i znowu zarwać noc, słuchając podpowiedzi Borisa Viana, bezczelnie rozłożonego na leśnym dywanie w przedpokoju: „Jest to historia jak najbardziej prawdziwa. Ja sam ją wymyśliłem.”
Noc bez snu, droga bez celu, las bez końca…

 

Źródło: FB

   

[12] KRÓTKO I NA TEMAT:
Muszę sobie zaraz coś Strzelić pod Rybkę, bo inaczej będę patrzył z Byka na wszystkie Panny! Czytałem kiedyś co pikantniejsze fragmenty "Zwrotnika Raka" i "Zwrotnika Koziorożca", a nawet "Człowieka wśród Skorpionów", ale że nastała Era Wodnika muszę Ważyć słowa... Lwia część mojej, w miarę spokojnej natury buntuje się, kiedy widzę, że takie coolturalne wróżby firmuje "Świat Rodziców". Rzeczonym rodzicom, w ich przewidywalnym do bólu świecie, nie życzę zatem Bliźniąt urodzonych, tak samo jak ja, 16 kwietnia. Ale cóż, jestem tylko samolubnym Baranem, naznaczonym tą datą zejścia z obłoków na Ziemię - identyczną jak Charlie Chaplin i największy z nas samolub... Benedykt XVI, a na dokładkę i kapitan Tadeusz Wrona, co onegdaj samolot pasażerski - ze wszystkimi Znakami Zodiaku na pokładzie - na Okęciu bez kół sadzał, a i belgijska księżniczka Eleonora (rocznik 2008), którą szczególnie polecam uwadze „Świata Rodziców”. Bo choć to teraz jeszcze niewinna… owieczka, wkrótce wyrośnie, karmiona pączkami w maśle i podsuszaną… baraniną. Byłbym skończonym baranem, gdybym w powyższej kwietniowej wyliczance dopatrzył się znamion arystokratycznej przewagi…

 

Źródło: FB

   

[13] KRÓTKO I NA TEMAT:

O korzyściach płynących z powtórki (z rozrywki). No dobrze, tym razem nawet nie będę czarował, że krótko. Ale sorry, taki mamy... temat. Moja swojska a dosadna (nad)interpretacja obrazka - pod jakże wymownym w tych dniach tytułem "Zwycięzcy ostatniego zbioru" - utrzymanego w stylistyce realizmu magicznego. W czas żniw, kiedy i kostucha zabiera się do koszenia, jestem wśród zawodzeń (nie tyle tłumu wdów, co harmoszki) uchachany od ucha do ucha, jako ten różowiutki prosiaczek! Średnia długość życia przeciętnego mężczyzny, nie tylko na owych podmokłych terenach, jest, nie wiedzieć czemu, jednak o tych parę(naście) lat krótsza od średniej długości życia niewiast. Te, wraz z ocalałymi z... ostatniego zbioru... męskimi niedopitkami cieszą się złudnie, z większą lub jeszcze większą nieświadomością, że i tym razem im się upiekło. Może i jestem burakiem, może i nie tak szybko zaliczę zgon - jak ten, intrygujący mnie (broń Boże nie Mistrza!) i inspirujący Małgorzatę jegomość w prawym dolnym rogu symbolizujący upadek tej części męskiego rodu, która na ścieżkach i droży(z)nach życia podążyła w duchowe (vide: spirytus) ucieczki... pogwarki... (nie)ruchome obrazki... Za szopą - jeśli się dobrze przyjrzeć - kolejny taki bohater... który leje na wszystko... na pohybel Śmierdzi  Na ławeczce pod płotkiem Sta rzec można personifikacja obserwującej, nieingerującej Substancji Boga - z ojcowskim namaszczeniem, z pewnego dystansu przyglądającego się z wesołkowatą czułością pochodowi maluczkich. Znamienne, że dopiero co wjechali "iksowy" raz z jesiennymi plonami w płodozmianie pór i ról dawno ustanowionych, zza kolejnego zakrętu (życiowego), za którym - jeśli wykazać się kieliszeczkiem dobrej woli - ujrzymy poletka ludzkiej próżności, tudzież piękne manowce (nie)ograniczonej Wy obraź?! - ni... skąd żeby znowu miało to być odkrywaniem Ameryki w trawie, kołem czerwonej poświaty toczącej nutę smutku i rozpaczy ciemnogrodzkiej, witebskiej, nadniemniańskiej - w przyciętych konarach, w przyciężkawych chmurach o zachodzie na Wschodzie, w dymku z lekkością sączącym (bez)senną przypowieść. W takich przypowieściach jest pewne ryzyko pretensjonalności - zwanej umownie życiem. Być może trzeba czasami lec (Stanisław Jerzy Lec), by uświadomić sobie, że "żyć jest bardzo niezdrowo, kto żyje, ten umiera". By podnieść się i za... Plutarchem zaśpiewać: „Trzeba żyć, a nie tylko istnieć!”. Warto się czasami przejrzeć. Bo śmierć, pomimo postnych karnawałów, nie zdarza się tylko innym. Z czasem i nam się zdarza. Jedyna i (nie)powtarzalna. Aż do bólu (nie)realna. Warto przyglądnąć się jej zawczasu, żeby sobie zwyczajnie, ot tak, po ludzku, trochę jeszcze pożyć, uśmiechnąć się, westchnąć, odżyć... Nawet, jeśli przez błota... nawet kiedy w tym błocie, jak lustrzany śmiertelny symbol, wyłania się poetycko prozaiczna kałuża - nie duża, nie mała, lecz w sam raz - łezka łuża w osobliwy czas zbierania słodko-gorzkich plonów (nie)ograniczonych ludzkich wysiłków, roz dzie la nia roz pa da ją cych się na czyn ni ki pier wsze zna nych nam dos ko na le świa tów naszej jedynej i (nie)powtarzalnej (nie)skończoności, zabukowanej jak amen w pacierzu. Więc szykujcie zapasy na zimę. Póki czas. I bawcie się. Bawcie. Zabawcie się na śmierć. Być może jesteśmy zwycięzcami (przed)ostatniego zbioru. Być może ja sam. Życie to jedyne zadanie do wykonania, które przyjdzie każdemu - z osobna - doprowadzić do końca. Dlatego właśnie jestem wesołym pesymistą. Wszystkich w końcu czeka... Optymistyczny Finał. Zmienią się tylko deko racje. Na bardziej wielkomiejskie. Pańskie... Dla podniesienia na duchu mogę przed zamilknięciem przypomnieć najważniejszą rzecz: Marchewka to owoc!

 

Źródło: FB

   
[14] Dziś nie będzie KRÓTKO I NA TEMAT:
Nie ma hi, hi... prawdziwy ODLOT! Postawiony wobec takich wyborów (estetycznych) staję się bezRADNY i zastygam w dylemacie z rozdziawioną gębą, niczym dziecko wylane z kąpielą, albo kotek nad rozlanym mlekiem... A Wy co na to POWIECIE? Jeszcze ta tęcza - trochę jak z broszurek Świadków Jehowy, trochę jak z tej orientacji... no... w terenie... gdzieś z okolic... Tenczynka  Tak się zastanawiam w chwili rozrzewnienia, gdybym sam a Muzom miau sobie wystartować jako samorządny, niezależny kandydat, bez Związku, ale z odrobiną sensu, czy sugerując się własnym nazwiskiem, w bezbrzeżnej kreatywności wykombinowałbym z moim sztabem wybiórczym, czy inną teściową, coś na kształt - uwaga! pełne zaskoczenie: kotwicy? czy prędzej jednak... kota? Kotwica z marszu odpada, bo szacunek dla historii, symbol nie tylko nadziei, ale i walki. Znak zastrzeżony. Uff, zrobiło się nad wyraz patetycznie, poważnie... Nawet Was nie przekonam teraz marynarskim wariantem... Jest światełko w tunelu, albowiem wariant może płynnie przejść... w wariata! I tu dochodzimy znowu, w synonimicznym desygnacie... do kota! Z kotem ryzykowne tym bardziej, bo chociaż niewątpliwie co drugi kandydat ma, niechętnie się przyznaje. Będzie się wypierał ała. Jak ta Pani, Boże świeć nad jej du... mą, co obdarzona nazwiskiem Półbratek, dowala sobie z fantazją grafika kwiatka na pół twarzy, kukając zza płatków, niczym zza karnawałowej maski, co wnikliwy internauta, obdarzony wrodzoną obywatelską złośliwością momentalnie podchwytuje, ujmując w dosadności osobliwego skojarzenia: "Każda wariatka ma w głowie kwiatka!" Nie ma zmiłuj! Kot zatem zdecydowanie odpada. Cóż, podziwiam kreatywność sztabów i złotoustych sztabek. Mówią, że wielka polityka przypomina czasami kabaret. Tak sobie siedzę (innym dopiero... przyjdzie posiedzieć w nieodległej przyszłości) i myślę, że ta Mała Pani P. tyka cokolwiek teatru absurdu lub o teatrzyk absurdku haczy. Bo tu Was zaskoczę: Podobne hasła "reklamerkowe", co tylko nielicznym zda się na pierwszy rzut oka, a nawet i drugi "oczywistą oczywistością", są najpiękniejszym rozkwitem demokracji niskoszczebelkowej! W Anglii był w jednym z okręgów lord jaki czy jakisik muzyk rockowy, co co parę roków startował z uporem w wyborach, lecąc sobie w kulki, tnąc w zbója, a i tak te swoich dwa i pół procent zagarniał. Klamrą tych naszych - do których pójść jest psim... przywilejem i wielką... przyziemnością - pozostaje swojska kukiełkowatość kandydatów, polegająca na małpowaniu W-wy w tych wszystkich rozdaniach z partyjnego klucza, co nie wyklucza lokalnych bloków wyborczych, czy innych, do dorobienia, domków jednorodzinnych... Bo przecież nie samym chlebem żyje kandydat, a bananem @. Jak powiedziałem? Banałem? Mam! Już wiem! Urodziłem się 16 kwietnia - jak Charlie Chaplin. Symbolem mojej kampanii in spe zostanie zatem niema twarz... Bustera Keatona! Człowieka o kamiennym wyrazie twarzy. Który, mimo że dość często, podobnie jak Charlie, robił sobie jaja z pogrzebu, nigdy się nie uśmiechał. Ale też nigdy, przenigdy, mimo że nazywał się Keaton, nie wstawiał nam kitu.

Źródło: FB
 

 

Wszystkie teksty i zdjęcia należą do własciciela tej strony i ich twórców  - kopiowanie dozwolone z podaniem pochodzenia treści.
strona główna :: twórczość :: foto :: la, la, la... :: L. Kotwicz :: realizacje :: polecam :: kontakt